Rozum swoje, serce swoje
Dorian – nasz pierworodny syn. Lat 20, więc stary koń. Po liceum zrobił sobie rok przerwy w nauce (ale nie w triathlonie), aby na spokojnie przygotować się do kolejnego etapu – studiów wyższych. Najpierw miała być Holandia, ale skończyło się na Szkocji, gdzie znalazł świetne połączenie nauki i sportu.
To jedna z najwspanialszych rzeczy w życiu rodziców: widzieć, jak dziecko ma pasję i się rozwija. Ponadto cieszy nas świadomość, że najwyraźniej udało nam się wychować syna na samodzielnego człowieka, który radzi sobie w różnych sytuacjach i ma odwagę przenieść się na kraniec Europy.
Generalnie myślę, że to dobrze, żeby młody człowiek zasmakował życia poza domem i radzenia sobie samemu z codziennymi sprawami (np. ze swoimi stertami prania :D). To go lepiej przygotuje na dalsze życie, na założenie własnej rodziny i na inne wyzwania.
I tu kończy się mój racjonalizm.
Rozum sobie tłumaczy i kalkuluje, a serce wyje! Sercu nie wytłumaczę. Wczoraj przepłakałam pół dnia. Rozum i emocje zupełnie się rozjechały…
Czy do takiego momentu można się przygotować?
Teoretycznie tak. Na pewno zarówno dziecku, jak i rodzicom, pomaga, gdy wcześniej regularnie miały miejsce samodzielne wyjazdy. Czyli zamiast rewolucji, aplikujemy ewolucję.
U nas sytuacja wyglądała mniej więcej tak.
Zarówno pandemia, jak roczna przerwa Doriana w nauce (a wcześniej licealna edukacja domowa) sprawiły, że sporo czasu spędzał w domu. Przyzwyczailiśmy się do tego i było nam z tym dobrze (no, może z wyjątkiem stert prania i bałaganu, które nie znały umiaru, ale dało się to przeżyć). W tym roku pojawiło się więcej dłuższych i krótszych zagranicznych wyjazdów, związanych z treningami i zawodami. Można by więc powiedzieć, że rozłąka nie jest nam obca.
A jednak taki wyjazd na studia, i to daleko, jest ewidentnym odcięciem pępowiny. W odczuciu matki.
Samodzielność i niezależność dziecka
Już od najmłodszych lat staraliśmy się wychowywać swoich synów na samodzielnych ludzi. Wiadomo, że od 5-latka wymagało się mniej niż od 15-latka. Generalnie jednak chłopcy byli stymulowani do partycypacji w pracach domowych oraz do przedsiębiorczości. Wszystko to ułatwia późniejszy start w dorosłym życiu.
Miło jest mieć świadomość, że Dorian potrafi sobie ugotować zdrowy i pożywny posiłek, że umie załatwić sprawy urzędowe w różnych językach i że bierze na siebie odpowiedzialność za szereg spraw w swoim życiu.
Na tym etapie jest jeszcze od nas zależny finansowo, ale i to powoli się skończy.
Tyle, jeśli chodzi o samodzielność i niezależność dziecka.
Niezależność matki
Co warto, moim zdaniem, podkreślić to, że rodzicowi zawsze będzie łatwiej wejść w nową fazę, gdy sam był w stanie zbudować swoją niezależność. Myślę, że najtrudniej mają matki, które poświęcały się dzieciom i domu. Dzieci opuszczają dom, a matka zostaje z pustką.
Ja, na szczęście, zawsze obok rodziny i domu, miałam pracę i cały szereg innych zajęć. Częściowo był to świadomy zabieg, ale przede wszystkim takie życie jest po prostu zgodne z moją naturą. Zawsze mówiłam, że jestem lepszą mamą i żoną, gdy pracuję.
Ani praca, ani żadne inne zajęcie nie pomaga w radzeniu sobie z emocjami. Pomaga jednak w przestawieniu myśli na inne tory, w ustanowieniu nowej struktury dnia, w ustanowieniu celów, do których można dążyć.

Co z tymi emocjami?
Wiem. Wcale nie mam powodu do dramatyzowania. Bastian i Tymon dotrzymują nam jeszcze chwilowo towarzystwa, czyli dom jest nadal pełen ludzi (i psa). Mam mnóstwo fajnych zajęć. Jedyna kwestia do ogarnięcia to emocje. Wysłuchanie ich, czucie, akceptacja i transformacja w relację z dzieckiem w nowym rozdziale naszego życia. Im lepiej przepracuję to teraz, tym lepiej będę przygotowana na kolejne takie akcje.
Życiowy flow
Wszystko w życiu przemija lub zmienia się w coś innego. Tak samo jest z rodzicielstwem. Mamą będę zawsze, ale moja rola zmienia się wraz z wiekiem moich dzieci. Wszyscy zawsze mówili, że dzieciństwo tak szybko przemija. I to prawda. Całe życie leci jak petarda. Tym bardziej, gdy prowadzi się tak aktywne i urozmaicone życie jak my.
Dlatego najlepiej jest szybko zaakceptować nową sytuację i w nowej równowadze iść dalej, podejmować kolejne fajne wyzwania. Wiecie co mnie cieszy najbardziej? Że gdy w domu dałam ujście mojemu smutkowi i uroniłam parę łez, spotkało się to ze zrozumieniem (na ile faceci potrafią to zrozumieć) i empatią.
Miałyście podobne doświadczenia? Jak sobie radziłyście? Jeśli macie ochotę się tym podzielić, to napiszcie w komentarzu. Na pewno przyda się nie tylko mi!





0 Comments